Szanowny Panie
Jonasie Mekasie!
Na początku chciałam
Pana pozdrowić i podziękować za wspólnie spędzone dwa lata. Pan mnie nie zna,
ale ja Pana trochę. Pan ma lat 87 lat, ja 22. Ja o Panu piszę, a Pan o tym nie
wie. Zdziwiłby się Pan, jak wiele można się o Panu dowiedzieć bez wychodzenia z domu. No, na przykład, że przyjaźnił się Pan z tym i tamtym (chociaż w tym
miejscu powinny paść nazwiska znanych artystów), że stołował się Pan u
znajomych, gdy było bardzo krucho, że nie wierzy Pan w upadek awangardy. Przyznam
szczerze, że ja też nie wierzę. Ale nie tylko to nas łączy. Myślę, że w gruncie
rzeczy mamy wiele wspólnego. Myśli Pan, że to niemożliwe?
Obydwoje lubimy
filmy Mayi Deren. Niestety Pan ma tę przewagę, że znał Ją Pan osobiście.
Najbardziej podoba mi się chyba Meshes of
the Afternoon. I też cenię ruch Fluxus, chociaż sama chyba bym dołączyła w poczet jego wyznawców. Ale nie jestem tak towarzyska, myślę, że Andy Warhol nie
zwróciłby na mnie najmniejszej uwagi. Chociaż pewnie powiedziałby Pan, że to co
innego. Że powiedzmy nasz profil jest różny, no i ja jestem kobietą przecież.
Ach i nie wie Pan,
że referat o Panu uratował mnie przed niezaliczeniem przedmiotu na studiach.
Okazało się, że Pańskie filmy to wdzięczny temat do tego, żeby zagubić się
w filmotece na wiele miesięcy. Powiem Panu, że przez jakiś czas
przeżywałam niejaką obesesję i baza jstor
doznała istnego oblężenie z mojego IP. Z krótkiej czasowej perspektywy nie
wiem, czy Pana poezje czyta się lepiej po litewsku, angielsku, czy
po polsku. Może kiedyś pobawię się w językowy kolaż, może wtedy dowiem się
więcej.
Nie zdążyłam Panu
jeszcze podziękować za wyjazd na konferencję do Wilna. Razem osiągnęliśmy
niejaki sukces, referat wyróżniono i do dziś nie wiem, czy to zasługa jego
jakości, uniwersalizmu Pana wytworów artystycznych, i filmów, i dzienników, i poezji czy wreszcie moja językowa nieporadność, żeby Litwinom referować po
litewsku. Coś w tym wszystkim musiało być, bo konferencja językoznawcza, a tu
studentka z pracą poświęconą filmowi i gromkie brawa.
Kiedyś próbowałam
się z Panem skontaktować, napisałam maila, nawet w dwóch językach. Ale nie
udało się. Nie ukrywam, że czuję zawód, bo mam wrażenia, że znam Pana coraz
lepiej, a to zawsze tak milej, jeżeli znają się obydwie strony. To chyba
z zazdrości, że Panu tak naprawdę się udało. Ja rozumiem, że nie było
łatwo, że obóz pracy, że trzeba było sprzedawać książki, żeby kupić chleb, że w USA na początku wcale się nie układało. Ale teraz uczy Pan innych reżyserów,
jak patrzeć na świat, co wydaje się być nauką sto razy lepszą, niż wiedza
zdobyta w szkołach filmowych.
Wie Pan, to nie
jest list-pożegnanie, to raczej list-początek, bo wydaje mi się, że jeszcze się
spotkamy, że to dopiero preludium, że jestem Panem zainfekowana i że to wirus
śmiertelny. Ciągle szukam artykułów, znaków, wzmianek, kupuję książki na
Allegro, jeżeli tylko dowiem się, że ktoś wspomniał Pana nazwisko.
Tylko wie Pan…Dzisiaj
sama już nie wiem, czy tak pędzę za Panem, czy po prostu nie mogę znaleźć
siebie.
Pozdrawiam
serdecznie,
Urszula Jaworowska
PS Lubi Pan
kolor czerwony?