Inny dziennik (opowiadanie)

 

 

Było dobrze, nawet bardzo. Słuchawki na uszach, książka w klapie torby, rozpisany plan na najbliższe wyjazdy i czas odmierzany kolejnymi dzbankami smakowych herbat. Było stabilnie i dobrze. To w zasadzie wyszło nieoczekiwanie, choć całkiem zasadnie możesz spytać, czy ktoś w ogóle na to czeka. Nieistotne są szczegóły, dość że mężczyzna w białym kitlu miał zakłopotaną minę, gdy oznajmiał mu, że może się tego spodziewać szybciej niż inni. Właściwie wtedy uświadomił sobie, że może się tego w ogóle spodziewać.


Czas zaczyna wówczas biec szybciej i przybiera postać konkretnego faceta, jak major w wojsku lub nauczyciel wf-u stojący w rozkroku ze skrzyżowanymi rękami i stoperem na szyi.

 

Ty masz wzrok, jakbyś tęsknił trochę za liceum, trochę za studiami, a najbardziej za czasem, który przepływa ci właśnie przez palce, powiedziałem mu pewnego razu i przyznał, że była to najbardziej trafna charakterystyka jego osoby, jaką słyszał. Chodziło właśnie o usilne chwytanie rzeczywistości, którą od kilkunastu lat zapisywał codziennie w najdrobniejszych szczegółach na kartkach w kratkę, czyli od dnia, w którym wujek podarował mu na Wielkanoc pierwszy porządny zeszyt w twardej okładce.

 

W tej sytuacji postanowił opowiedzieć przypadkowo spotkanym osobom po jednym dniu ze swojego tygodnia. Nie zamierzał pisać. Jak mnie zapewniał, i tak za kilka tygodni miałem dostać jego dwadzieścia zeszytów zapisanych drobnym maczkiem, raczej nieczytelnym (jeśli nie wierzysz, zapytaj moją polonistkę, która pewnego dnia nie wytrzymała i kazała zacząć pisać drukowanymi literami, przekonywał). Chciał opowiadać z zamiarem, aby trafiało to do kolejnych osób. Może była to jakaś chęć powrotu do historii przekazywanych ustnie, nie wiem.

 

Dobrze, czas goni. Posłuchaj, jak zrealizował swoje postanowienie.

 

W poniedziałek wieczorem wsiadam do kolejki. O tej porze nie ma już takiego tłoku i ludzie mniej boją się rozmawiać. Dostrzegam kobietę, trochę po pięćdziesiątce, ze spracowanymi dłońmi założonymi na dużej i niemodnej torebce. Siadam naprzeciwko niej, na czerwonej, plastikowej ławce.

 

- Wysłucha mnie pani?

- Nie rozumiem…

- Chciałem pani opowiedzieć, co dzisiaj robiłem. Zależy mi po prostu, aby mnie pani wysłuchała.

- Dlaczego to dla pana takie ważne?

- Chodzi o to, że czas biegnie dla mnie jakby szybciej. Chciałbym opowiedzieć pani swój dzień.

- Jeśli to dla pana ważne, słucham.

- Zatem dziś rano biegałem po bulwarze wzdłuż morza. Wysokie lampy z białymi kloszami były wygięte w łuk. Świeciło słońce, a wiatr bawił się leżącymi na ziemi, zeschłymi liśćmi. Na molo deski były śliskie i musiałem biec wolno. Wróciłem do domu, wziąłem prysznic i czytając gazetę, popijałem kawę z dużą ilością mleka. Pojechałem do przyjaciela nagrać mu filmy i muzykę. Teraz, wracając, spotkałem panią.


Kolejka zaczęła zwalniać.


- To już moja stacja, dziękuję, że mnie pani wysłuchała.

 

Nie zdążyła odpowiedzieć, gdy już byłem na platformie peronu i chwilę później zbiegałem po schodach w kierunku wtorku.

 

Następnego dnia siedzieliśmy w tej kawiarni co zwykle, gdy do baru podszedł facet z pytaniem, czy można tu doładować kartę. Odparliśmy że nie, że pewnie jest tu w pobliżu jakiś kiosk. Facet był beztrosko zawiany, a w jego ruchach widać było ślady kilkugodzinnej przeprawy pociągiem (jak się później dowiedziałem, z Poznania do Sopotu). Wyszedłem za nim. Balansując na nogach, nieudolnie stukał w klawisze telefonu i wówczas dostrzegłem, że na dłoniach i nosie miał strużki zaschniętej krwi. Podał mi telefon i poprosił, abym wybrał ostatni numer. Chwilę później usłyszałem na linii głos kobiety, przekazałem mu słuchawkę, a on, wymawiając z trudem „Cześć aniołku”, uśmiechnął się, jakby znalazł to, po co przejechał ten niemały kawałek drogi. Z tego co zrozumiałem, kobieta nie chciała z nim rozmawiać, a tym bardziej go widzieć, ponieważ mieszkała z mężem. On jednak oznajmił, że uda się plażą do jej domu w Gdyni.

 

- Do plaży to w którą stronę?

- W tamtą – gdyby z mojej wyciągniętej ręki poprowadzić linię, znalazłyby się na niej schody prowadzące do ulicy nazwanej imieniem jednego z polskich królów, dalej przecięłaby ulicę nazwaną na cześć słynnej średniowiecznej bitwy i znalazłaby się w okolicach niewielkich straganów nad morzem.

– Czy może pan jeszcze sekundę poczekać?

- Mogę.

- Chciałem panu powiedzieć, że dziś skończyłem wycinać deskę do ślizgania się po płyciznach. Mówię to panu, ponieważ nie jestem urodzonym majsterkowiczem i fakt, że zrobiłem coś takiego własnoręcznie, trochę dla mnie znaczy.

 

Uśmiechnął się, skupił wiele sił, aby utrzymać się przede mną w pionie, machnął serdecznie ręką na pożegnanie, odwrócił się i ruszył środkiem ulicy w kierunku plaży.

 

W środę wieczorem zamawiam taksówkę. W środku auta, zawieszona nad głową kędzierzawego kierowcy, niemiecka choinka zapachowa. Z taksówkarzami miałem zawsze dobry kontakt. W wieku dwunastu lat jeździłem rowerem po postojach, zbierając ich podpisy w zielonym zeszycie. Często nawiązuję z nimi rozmowy w różnych miastach.

 

- Co sądzi pan o fuzji firm? – pytam, siedząc w swojej czarnej kurtce na przednim siedzeniu. Jest to ostatnio aktualny temat dla trójmiejskich taksówkarzy.

- Co mam sądzić, zadowolony jestem. Będziemy szybciej dojeżdżać do klienta – odpowiada, włączając kierunkowskaz i przesuwając dłonie po wyślizganej obręczy kierownicy.

- Zdominujecie rynek.

- Prawda.


W radio Bonnie Tyler śpiewa, że potrzebuje bohatera. Skręcamy w ostatnią długą prostą drogę przed moim domem.


- Mogę panu coś opowiedzieć?

- Może pan.

 

Nie jest zaskoczony moim pytaniem. Prawdopodobnie w aucie miał już cztery zdradzane kobiety, niedoszłego samobójcę, matkę, dla której opieka nad dzieckiem z porażeniem mózgowym była czasem ponad siły, oraz faceta, który wracając z odwyku wypił przy nim zero dwadzieścia pięć „Starogardzkiej”, jakby to była woda. 


- Dziś byłem z rodzicami na gdańskiej Starówce, na obchodach Dnia Niepodległości. Kilkaset samochodów i motocykli przejechało w uroczystej paradzie zakończonej na Targu Węglowym. Prezydent miasta wypuścił w niebo sto gołębi i, jak na listopad, było ciepło. Potem pojechałem z rodzicami na obiad. Mój tata jak zwykle kupił za dużo ciasta, które staraliśmy się zjeść do kawy. Całe popołudnie w słuchawkach grał Sigur Rós.


Taksówkarz nic nie odpowiedział, ale też nie oczekiwałem od niego komentarzy. Liczył pieniądze, gdy zamknąłem drzwi samochodu i zbiegłem do klatki.

 

Czwartek jest wietrzny i mam na sobie gruby, kolorowy szalik. Siedzę na molo, na ławce po prawej stronie. Łabędzie unoszą się na wodzie jak białe spławiki. Z miejsca, w którym jestem, widać klif i, przy dobrej widoczności, Gdynię. Wyciągam podkładkę z nazwą jakiejś farmaceutycznej firmy i kartki, które muszę przytrzymywać dłonią, ponieważ silnie wieje.

 

Na balustradzie wzdłuż oparć ławek siedzi facet w kurtce dżinsowej i szaliku z napisem „Polska”. Wygląda trochę, jakby mi pozował, ma skrzyżowane ręce i wyprostowane nogi. Beżowe podeszwy trampek skierował w moją stronę. Jest w wieku, w którym śmierć rodziców przestaje już być abstrakcją.

 

- Opowiem panu swój dzień – mówię, nie będąc pewnym, czy na wietrze usłyszał moje słowa.

Nie odpowiada. Milczy jednak w sposób, który zachęca mnie, aby mówić dalej.

- Poszliśmy dziś z tatą na spacer. Przez działki, rondo na granicy dwóch miast i później plażą doszliśmy do miejsca, w którym ludzie jedzą ryby przy stojących na piasku kutrach. Wypiliśmy po kubku grzanego wina i robiliśmy zdjęcia mewom, trzymając aparat na ziemi. Po południu spałem przy muzyce. Często to robię.

- Ja nie lubię spać po południu, ale po tym winie też bym się położył.

 

Tymi słowami zakończył się czwartek.

 

Najlepiej będzie jeśli to, co zdarzyło się w piątek, opowiem po prostu tobie. Głównie dlatego, że na szukanie kolejnych osób jest coraz mniej czasu.

 

Była noc. Przechodziłem przejściem podziemnym ze słuchawkami na uszach, gdy z lewej strony usłyszałem miarowy stukot. Zatrzymałem się i wówczas zobaczyłem, jak schodził ostrożnie bokiem, schodek po schodku staczając wózek, w którym był akordeon. Skąd wiem, co było w środku? Bo od kilku lat grał na nim na ulicach, po których często chodzę. Poza tym, kilka tygodni wcześniej na tych samych schodach zaoferowałem mu pomoc. Powiedział wtedy:

- Kółka mają dźwigać. Kółka pracują. Tylko do pociągu i z pociągu.

 

Faktycznie, wniesienie i wyniesienie tego z pociągu musiało być trudne w jego wieku.

 

Tej nocy pozwoliłem, aby zszedł z wózkiem sam do przejścia pod torami, po czym pomogłem mu go wnieść do góry. Poczęstował mnie herbatą ze spirytusem, podniósł kurtkę i kazał popukać ręką w plecy, które w okolicach lędźwi okazały się blachą. Wówczas powiedziałem mu, jak bardzo cenię to, co robi, i nie opiszę ci jego reakcji, bo uderzylibyśmy w nastrój, którego staram się w tej chwili unikać.

 

Zapytał, dlaczego kostucha przychodzi po ludzi młodych (tu rzucił liczby takie, jak dwadzieścia dziewięć i czterdzieści), a nie po niego, starego, który czeka na nią od kilku lat bez lęku, w co wierzę.

 

Zaprosił mnie do siebie. Mimo że byłem zmęczony, nie mogłem odmówić. W jego pokoju znajdowało się łóżko, jakie pamiętam z domu prababci na Lubelszczyźnie, sporo gazet i drobiazgów, stara lampka i poszarzała firanka w oknie, które nie wychodziło na morze.  W kuchni nastawił wodę na herbatę, zanurzył w niej kilka torebek, po czym sięgnął do lodówki po spirytus.

 

- Teraz napijemy się „groku”, którym już dziś pana częstowałem.

 

Stał przy kuchence w kapciach, które nazywał „laczkami”, ubolewał, że rzadko go ktoś odwiedza (przede mną, kilka miesięcy temu, jeden facet) i zapytał, czy wiem ile ma lat. Z tą ósemką stojącą przed czwórką trafiłem co do roku, czym był zaskoczony, przyklasnął i zaproponował mi kolejny kieliszek „groku”. Słuchaliśmy radia. Powiedział mi o papierowych różach, które zamówił na imieniny swojej żony. Ona tymczasem nie spodziewa się z tej okazji nawet jego przyjazdu; mieszka kilka godzin pociągiem od Gdańska.

 

Na koniec siedliśmy na łóżku. Wyjął list od kobiety, która dziękowała mu za to, że swoją muzyką daje ludziom radość. Poprosił mnie o kilkakrotne przeczytanie go na głos. Przy trzecim razie wzruszył się, a ja musiałem wyjść. Wracałem w nocy przez osiedle, słuchając Noir Désir.

 

W sobotę znów siedzę przy barze. Dziewczyna o ciemnych, kręconych włosach łamanym polskim zamawia dwa piwa. Jej ojciec pyta, czy było to zrozumiałe. Ma na sobie beżowy prochowiec i jak teraz sobie o nim pomyślę, przypomina mi się facet, który grał starego Indianę Jonesa w wersji serialowej. Z rozmowy o Szkocji, gdzie mieszka, do momentu, w którym streściłem mu swój dzień, przeszliśmy szybko. Ze względu na fakt, że był obcokrajowcem,  opowiedziałem mu o innej sobocie – nie tylko dlatego, że podczas tej, w którą się spotkaliśmy, nie wydarzyło się nic godnego uwagi.

 

Wyjechaliśmy z Gdańska o świcie. Był początek stycznia. Wiało tak mocno, że na stacji benzynowej, na której zatrzymaliśmy się na kawę, flagi reklamujące olej silnikowy wyglądały jak arkusz blachy. Zjedliśmy po ciastku, przy stoliku obok siedział niemiecki kierowca ciężarówki. Kilka godzin później dojechaliśmy do Berlina, gdzie odwiedziliśmy znajomych. Od nich, przez mżyste i mroźne miasto, pojechaliśmy na lotnisko.

 

- Opowiedz mi coś – prosi Sara – i to zdanie często do mnie wraca. Sara jest Hiszpanką, mieszka w Madrycie i jest urocza. Pracuje w szpitalu w centrum miasta jako pielęgniarka, ma ułożoną w nieładzie grzywkę i kości policzkowe zarysowane tak, jak lubię. Siedzimy z jej znajomymi na dolnym piętrze w „El Gato”, dokąd trafiliśmy po kanapkach z kalmarami na Puerta del Sol. Jest z nami Juanma, który był w Polsce na wymianie studenckiej, Julia, która interesuje się geografią, oraz jej chłopak, Borja – student informatyki. Odkąd przyleciałem wieczorem z Berlina nie miałem nawet chwili, żeby odpocząć, ale przynajmniej nauczyłem się, jak prawidłowo nalewać do kubków sidrę. Po „El Gato” byliśmy jeszcze w kilku klubach. Zasnąłem nad ranem na poddaszu w domu Juanmy. Rolety w oknach były opuszczone. 

 

Mieszkający w Szkocji Londyńczyk słuchał uważnie. Popijał kawę, a jego prochowiec leżał przewieszony przez oparcie kawiarnianej sofy. Jeżeli nie masz nic przeciwko, opowiem mu także niedzielę.

 

Na poddaszu z opuszczonymi roletami w oknach obudziłem się w południe mimo że wydawało mi się, że jest około dziewiątej. Mało kiedy czułem się tak wypoczęty. Zszedłem na śniadanie. Mama Juanmy poczęstowała mnie kawą z mlekiem i herbatnikami. Mówiła, że była w Polsce i jej zdaniem w tamtejszych kościołach można dostrzec więcej młodych ludzi niż w Hiszpanii. Chciała mnie poczęstować ciastem roscón de reyes, ale coś niedobrego stało się ze śmietaną. Pojechaliśmy na zakupy do supermarketu, gdzie było dużo ludzi. Na obiad zjedliśmy królika i steki na oliwie z oliwek. Obejrzeliśmy „Pod słońcem Toskanii”, w salonie grzał kominek i był to jeden z tych momentów, kiedy uświadamiasz sobie, że jesteś w odpowiednim czasie i miejscu i że wszystko nagle układa się w prawidłową konfigurację jak w kalejdoskopie.

 

Po południu Juanma zawiózł mnie na stację Nuevos Ministerios, stamtąd metrem pojechałem na dworzec Atocha i wsiadłem w pociąg do niewielkiego miasta na południu. Potrzebowałem odpoczynku. Spałem dobrze.

 

Tyle opowiedział ludziom i, nieco później, mnie. Na zakończenie poprosił, abym za kilka miesięcy nie rozpamiętywał, nie popadał w melancholię, nie przeglądał biało-czarnych zdjęć i abym nie jeździł zatłoczonym autobusem, tam gdzie na początku listopada zmierzają tłumy ludzi. Poprosił jedynie, abym o nim mówił, bo to dla niego ważne.



Kamil Kaczmarski

kkaczmarski@zojcem.pl