Superbia
Kiedy tylko zobaczy jakąś sąsiadkę, zaraz podchodzi do niej
i opowiada. Wszystko zaczęło się w dniu jego ślubu, kościelnego, wszystkie
najmłodsze z rodziny szły do niego i jego nowej małżonki z Ukrainy, zanosząc
kwiatki i czekoladki, telegramy pełne życzeń zdrowia szczęścia pomyślności
miłości do końca. Wszystkie okna jego bloku i bloku naprzeciwko było pełne
starszych matek najmłodszych z rodziny, każda chciała zobaczyć jak najwięcej.
Każda widziała zupełnie co innego. Kiedy szczęśliwa młoda para wyjechała
ciemnozielonym samochodem korzystać z praw i siebie, wszystkie starsze matki
najmłodszych z rodziny wyszły na ławkę przed pierwszą klatką i opowiadały.
Każda co innego. Minęły dwa lata pełne wspólnych spacerów z wielkim psem,
wspólnej pracy w jego zakładzie fotograficznym, czasami kłótni, czasami wódki i stało się. Nie taka już nowa żona z Ukrainy wyjechała do Niemiec, bo nie mogła
z nim wytrzymać. On sam zrobił według szablonu: opowiadał każdej napotkanej
sąsiadce, że to suka była, nie kobieta, że żadna suka go jeszcze tak nie
wykiwała, bo tylko suki tak kiwają, prawdziwe kobiety nie wyjeżdżają od niego
do Niemiec, on wie, on żyje już długo, a teraz ma prawo być smutny i wkurwiony
na tę sukę, bo zasłużyła. Nie chce jej więcej widzieć. Niech się rucha ze
starymi Niemcami. Codziennie rano wszystkie niepracujące starsze matki
najmłodszych widziały go, jak wracał od Krowy z siatką pełną wódki i papierosów
robionych z resztówek. Popołudniami wychodził do parku i siedział z młodymi,
którzy mieli go coraz bardziej dosyć, bo upijał się najszybciej i nie panował
nad łapami, wygłaszał swoje najmądrzejsze i jedyne prawdziwe teorie. Wieczorami
dobijał się do najstarszych ojców i zapraszał do siebie. Nieliczni ulegali i razem z nim pluli śliną na swoje baby. Nie daje ci, widzisz, nie daje ci od
siedmiu lat, ani się nie obejrzysz a wyjedzie na zachód. Wracali, a najstarsze
matki pluły na nich, żeby się z tym z góry nie zadawali. Przecież on nawet o psie zapomniał. A pies spędzał dwadzieścia cztery godziny w otwartym oknie
dużego pokoju i wył, bo chciało mi się szczać. Wszystkie najstarsze matki
kiwały głową na nie, no nie, tak nie może być. Trzeba do ministra ochrony
zwierząt. Nie ma takiego ministra, odzywa się on zza ich pleców. No i mówię ci,
co za gówniarz. A słyszałaś, co Kaśka dostała na imieniny od swojego? Hohoho.
Głupie suki, mówi on i przydeptuje papierosa z resztówek spalonego do połowy.
Duży pies idzie za nim i prawie szcza pod nogi z radości. Wracają już w trójkę,
z grubą sprzedawczynią ze sklepu nad jego zakładem fotograficznym pełni
radości. Wszystkie najstarsze i wszyscy najstarsi stoją w oknach. Wchodzi do
klatki i krzyczy: brzydka i gruba jest ale prawdziwa kobieta. Nie ucieknie
ruchać się na zachód. Brzydka i gruba chichocze. Masz rację, nie ucieknę, nie
ucieknę.
Avaritia
Dzieciaki jak co dzień, od kiedy tylko zrobiło się ciepło i sucho w piaskownicy, spędzają tam całe godziny. Budują tory dla mrówek i innych
robaków. Sami są tymi robakami przez całe godziny, a szczególnie chłopaki,
kiedy rzucają w dziewczynki zdechłymi dżdżownicami. Dziewczynki piszczą i płaczą. Później dla odmiany chodzą za blok, nalać wody do plastikowego
wiaderka, leją wodę na piasek i lepią kulki. Rzucają się tymi kulkami jakby
były ze śniegu, a przecież jest ciepło i sucho. Są dwie zasady: można trafiać w ubranka, bo mamusia wypierze, najwyżej trochę pokrzyczy. I nie można trafiać w oczka, bo wtedy wojna. Później Kamilek wpada na pomysł: zróbmy konkurs.
Pierwszy etap konkursu odbywa się na placu zabaw przed nowym przedszkolem.
Bawimy się w wojsko, ja jestem przywódcą. Maciejek, Małgosia, Kamilek-
przywódca, Kalinka i Bartuś, brat przywódcy. Skaczą po drabinkach i z wysokich
schodów, wspinają się na drzewa, jedzą babki z piasku, bo w wojsku trzeba być twardym,
czołgają się po ziemi i robakach, turlają ze świętej górki (gdyby nie było
sucho i ciepło, zjeżdżali by po niej na sankach, stojąc). Dziewczynkom idzie
gorzej. Nie muszą być słabsze i gorsze. Chodzi o rajstopki i sukienki,
dziewczynki wstydzą się skakać i czołgać, żeby chłopcy czasem czegoś nie
dojrzeli. Dziewczynki jeszcze nie wiedzą, że następna część konkursu to zabawa
w doktora na placu zabaw przed starym przedszkolem. Kamilek jest oczywiście
doktorem. Woła wszystkich po kolei. Chłopcom mówi, że nie muszą nic robić, mają
zaliczone. Dziewczynkom każe zdejmować rajstopki i podciągać sukienki.
Dziewczynki płaczą i piszczą. Nie ryczcie, głupie, to dla waszego dobra. Bada
je długo krótkimi paluszkami brudnymi od piaskownicy i robaków. Najpierw Kalinkę,
bo mieszka koło niego, później Małgosię. Po drugim konkursie dziewczynki są
obrażone i nie chcą brać udziału w dalszych częściach. Teraz już tylko finał,
przekonują je chłopcy. Najłatwiejsza część, mówi Kamilek, a wiecie co jest do
wygrania? I idą za nim do krzaków z boku bloku, gęsiego, dziewczynki obrażone i brudne na końcu, chłopcy cieszący się, że Kamilek i tak jest po ich stronie, na
przedzie. W krzakach stają w kółeczku, Kamilek odgrzebuje nagrodę z trawy i liści. Wszyscy robią duże oczka, dziewczynki odobrażają. To do roboty, mówi
przywódca i doktor. Wyciąga z kieszonki paczkę czerwonych Caro. Kupiłem u
Krowy, cieszy się, sprzedali mi. Chłopcy kiwają z podziwem. Kto wypali
najwięcej, wygrywa. Z drugiej kieszonki wyciąga zapałki i rozdaje po jednym papierosie
dla każdego. Dziewczynki płaczą i kaszlą. Chłopcy udają, że nie chce im się
płakać i kaszleć. Palą dalej. Pierwsza odpada Małgosia, idzie po jabłko, żeby
zagryźć i wraca zła do domu. Później odpada Bartuś, bo prawie mdleje. Siada
przy płocie z zamkniętymi oczkami. Później Kalinka (wytrzymałaby dłużej, ale
woła ją tatko, że już późno i pan białym samochodzie porywający dzieci zaraz
się zjawi). Maciejek próbuje negocjować: może weźmiemy to na pół, co? Kamilek
mówi: chyba głupi jesteś, nie ma tak. Maciejek obraża się i odchodzi do swojej
własnej bazy. Wszyscy patrzą smutni, Małgosia ze swojego okna na parterze,
Kalinka ze swojego okna na drugim piętrze, Bartuś pod płotem, Maciejek z bazy.
Kamilek siada na ławce, żeby wszyscy mnie widzieli, myśli i otwiera nagrodę.
Puszkę piwa cytrynowego, zimną i z dwoma promilami. Po dwóch łykach mamusia
ciągnie go za uszy. Prawie wyrywa. A piwko będę miała do kolacji, cieszy się w duchu.
Luxuria
Od roku wyobraża sobie, że pan jest zwykłym mężczyzną,
którego mogłaby spotkać na ulicy, kolejce po chleb albo prosząc o ognia. Wtedy
wszystko byłoby dużo prostsze. Spotykaliby się według wyznaczonego
własnoręcznie i rytmu, pili kawę albo inne alkohole, długo rozmawiali. Ona
giglała by pana stopą w łydkę, on całował by ją po szyi. Później wychodziliby,
wszystko stawałoby się proste, za każdym razem wybieraliby sobie inne miejsce i inną pozycję z książek o miłości, uczyli by się tego na pamięć, tak jak blizn
albo ilości rzęs. Tymczasem spotykają się trzy razy w tygodniu i tylko w godzinach wyznaczonych przez panią dyrektor. Pan zawsze rozczula ją: nie
potrafi dobierać krawata pod kolor koszuli, nosi za krótkie spodnie. Nie ma nic
w jego twarzy, tworzy całość, oczy za okularami, wesołe gwiazdeczki, błyski-
czasami. A ona nie była nawet wzorową uczennicą, po prostu jej się nie chciało.
Codziennie wieczorem robi ze sobą, och, dwoma palcami, myśląc o panu. Jeździ do
szkoły codziennie pociągiem o siódmej albo o wpół dziewiątej. Wcześniej
codziennie wstaje, idzie siku, je, myje się, ubiera, pakuje książki do plecaka
i wychodzi. Jedzie, myśli, stara się udawać, że tylko udaje, czyta. Wysiada i zapala papierosa przed głównym wejściem, na wyznaczonym kwadracie dla osób
palących. Przerzuca wzrok na twarze wszystkich współpalaczy po kolei, na ludzi
kupujących bilety przy kiosku. Kiosku. Kiosku kiosku kiosku. Pali coraz
bardziej nerwowo i upewnia się: w kiosku siedzi pan, w swetrze, ten pan, od
roku, nie jest już panem, na chwile nie jest. Tylko dlaczego akurat w kiosku.
Szybko jej mija, już w autobusie, kiedy wyobraża sobie (tym razem, że) wchodzi
przed lekcjami do jego kiosku na kawę, patrzy jak przekłada gazety, wydaje
resztę, czasem tylko przelotem na nią spojrzy, powie jakiś żart: to jest
zabronione, ona powie, no właśnie, i będzie patrzyła dalej, czasem będzie
mówiła mu wszystko, takie symboliczne wszystko, jedzie teraz autobusem, czuje
zapach tego kiosku, przypomina sobie dwie kobiety, jakie przesiadują tam
zamiast niego w dni zwykłe, któraś jest jego żoną, obydwie mają czarne włosy,
jedna ma okulary, obydwie palą, mają obrączki, jedzie autobusem, wyobraża
sobie, aż przegapia szkolny przystanek. Kilka godzin później nachyla się przy
okienku i mówi: skoro nie jest pan w tej chwili panem tylko panem z kiosku, to
może mi pan sprzeda paczkę chusteczek i zapałki?
Invidia
Jego rodzice żyją normalnie, matka pracuje w szkole, uczy
dzieci plastyki, ojciec pracuje w szkole, skręca stoły, krzesła itd. On robi to
co reszta braci i sióstr w jego wieku, chodzi do szkoły, unika religii i kłopotów. Trzy razy w tygodniu ubiera odświętne spodnie i koszulę, i buty na
połysk, siada na swoim tapczanie i przez drzwi obserwuje jak matka ubiera się w obowiązkową spódnicę, ojciec ubiera się w obowiązkową męską resztę, perfumują
się (ale nie za bardzo), chuchają do siebie i wychodzą, bracia i siostry. Siada
na tylnym siedzeniu i walczy ze sobą, żeby tylko nie zasnąć, żeby tylko nikt
nie zauważył, jak bardzo chce mu się spać, żeby oczy, żeby otworzone, żeby
były, żeby szeroko, ale bez przesady. Żeby całe zebranie. Jest już w wieku i musi
zdecydować, i zdecyduje, nauczy się wstrzymywać oddech na kilka sekund,
wypuszczą go. Później już tylko głoszenie od domu do domu. Po zebraniu rodzice
patrzą za nim, jak przechodzi przez płot, rozpływa się we mgle jak na filmach.
Idzie do wnęki, jak zwykle, zapalić papierosa, chociaż nie może palić
papierosów, porozmawiać, posłuchać o czym mówi reszta, i nie musi panować nad
oczami. Nie zamkną się, nie zaśnie. Patrzą na niebo i widzą dużą mgłę,
największą mgłę, śmieją się, mogą się śmiać, jest coraz gęściej i nie widać już
lampy, nie widać boiska i ławek, kosza na śmieci, nie widać drzew, świat kończy
się za rynną. Świat. Kiedyś dyskutowali o teorii powstania pod jego oknem,
prawie na nich krzyczał, oni prawie spokojnie wyjaśniali, że kosmos, on mniej spokojnie
czytał im pismo, że coś z niczego. Teraz oni przestali chodzić do swojego
kościoła, albo chodzą, kiedy chcą, piją alkohol, mogą kochać i dziewczynki i chłopców (chłopców, małych chłopców, większych, średnich mężczyzn, dużych
mężczyzn, panów), nikt im nie wyznacza niczego, nie muszą. To nie to, że im
zazdrości, bo w końcu i tak wyjdzie na tym lepiej... Ktoś wpada na pomysł,
przechodzą przez jeszcze jedną furtkę, mokrą, bo powietrze jest mokre, jak
zwykle w jego urodziny (co to są urodziny), na dużym boisku jest zupełna
ciemność połączona z mlekiem, rozbiegają się na wszystkie strony i znikają, nie
ma ich, zapala papierosa od papierosa aż do mdłości i boi się, że to już. Żeby
trafić z powrotem do siebie muszą krzyczeć.
Gula
Jest normalnym mężczyzną, jak setki innych w tym wieku, w którym zaczynają się problemy z potencją. Wstaje o ósmej, zapala ćmika, idzie
do kibla, sika, sra, myje twarz i zęby. Do drugiej w nocy czyta komiksy. Czasami: do piątej rano siedzi w smoku i pije
jedno piwo za drugim, jedną wiśniówkę za trzecią, czwartą panienkę za piątą.
Robi sobie kawy, współlokatorzy śpią jeszcze, idzie do pokoju, zapala ćmika,
zmienia piasek dla kota, krzyczy na kota: ty skurwysynie, zlałeś mi się wczoraj
na łóżko. NIE LUBIĘ CIĘ. Siada, zapala ćmika, pije kawę, pakuje zeszyt do
torby, portfel i zapalniczkę, zamyka drzwi kluczami na zielonej smyczy i wychodzi. Jedzie tramwajem na gapę, trzy przystanki, wysiada, kupuje normalny,
jedzie do pracy za miasto. Siedzi tam dwanaście godzin i wraca. Idzie do smoka,
pije jedno piwo za drugim, jedną wiśniówkę za trzecią, czwartą panienkę za
piątą. Musi przestać pić, bo już trafił do szpitala zarzygany krwią. Musi
przestać palić, ale póki co się oszczędza, pali tylko paczkę dziennie, tych
najtańszych papierosów z resztówek, które niosą śmierć. Już dziesięć osób
Polsce nie żyje przez palenie papierosów z resztówek. Najtańszych książek ma w domu całe stosy, droższych map Afryki. Mówi: wyjadę do Maroka i będę sprzedawał
wodę mineralną, szczoteczki do zębów, na jakimś targowisku u jakiegoś Araba.
Dużo mówi, a kiedy mówi wygląda jak kot, drapie się po szyi albo po włosach. Co
chwile się przeciąga. Mówi: przede wszystkim trzeba się z tym pogodzić, to
smutna zgoda, ale nic innego nie zostaje. Kiedy chodzi, lekko się ugina. Szura
butami, ma dziury w nogawkach. Czasami w weekendy, kiedy nie idzie do pracy,
dzwoni do jednej panienki, która przyjeżdża zawsze w piętnaście minut i rżnie
ją, jak tylko ma ochotę. A ona się poddaje i jest rżnięta według jego fantazji,
nawet nie protestuje, jeśli boli. Kiedy kończy, daje jej w rękę dwadzieścia
złotych na taksówkę, albo bilet komunikacji miejskiej i mówi, że tramwaj ma za
siedem minut, autobus ma za dziesięć minut, że taksówka pod domem, to cześć. Za
tydzień robi z nią to samo. Później idzie do smoka i pije. Wraca lekko
zaburzony i obserwuje budynki, albo dupy dziewczyn, albo nogi dziewczyn w spódniczkach, nachodzą z prawa, z lewa, idą przed nim, wymijają go, kiedy on
patrzy sobie na nie. Czasami patrzy sobie na buty. Później wstaje, zapala ćmika,
idzie do kibla, robi kawę, zmienia piasek kotu, krzyczy na kota, pakuje torbę,
zamyka drzwi, jedzie tramwajem, autobusem, siedzi dwanaście godzin. Na firmowym
komputerze codziennie dodaje nowe notki do swojego internetowego dziennika.
Ira
Zbigniew ma obsesję na punkcie oszczędzania wody, myje
naczynia w zupie, kubki myje w resztkach herbaty, wyciera ręce fusami od kawy.
Codziennie nachyla się nad licznikiem i notuje w zeszycie, sześćdziesiąt stron
starcza na miesiąc, bo oprócz cyferek notuje nowe pomysły. Kąpie się w zakładzie, pod zagrzybionym
prysznicem, nie spuszcza wody w toalecie, nie pije herbaty ani kawy, a jeśli
kawę, to dolewa do połowy kubka mleko. Bo mleka nie zabraknie, póki są krowy,
mówi do Elżbiety. Elżbieta nie mówi nic, bo wie, że on i tak będzie miał rację,
nic go nie przekona. Nic nie mówi i wstaje codziennie o czwartej rano, wyjmuje
z szafek wszystko, co wczoraj Zbigniew umył w zupie i resztkach herbaty i cicho, małym strumieniem, przy pomocy Ludwika miętowego, czyści je na błysk (wiele razy zdarzyło się, że Zbigniew wyciągał to szklaneczkę, to kubeczek i oglądał pod światło, mówiąc do Elżbiety: o widzisz? Widzisz?). Elżbieta
posłusznie milczała i rozwiązywała krzyżówki. Kiedy urodziło się dziecko,
maleńka Tereska, prawie jak od dzieciątka Jezus, problemów przybyło, bo
przecież dzieciak, pieluszki, kupki, papki, nocniczki, woda. Dużo wody.
Zbigniew zaczął chlać i nie wracać na noc, żeby oszczędzać, nie spuszczać się,
żeby nie pić, nie myć się, naczyń. Elżbieta oddychała spokojnie i spała bez
koszmarów po raz pierwszy od czterech lat po ślubie, nie musiała dużo płakać,
tylko trochę, opiekowała się Tereską jak dzieciątkiem Jezus, mogła nawet
zapraszać sąsiadki na kawę i winko, bo ze Zbigniewem to było zabronione. Kiedyś
tylko wpadł do mieszkania, kiedy Elżbieta myła akurat pupę Tereski w misce z wodą, rozbił tylko wazon z kwiatkami, przez przypadek trafił w święty obrazek i wyszedł, płacząc, przeklinając: woda, kurwa, w tym wazoniku była, wybacz panie.
Jezusik z gołą pupą i Elżbieta niczym Najświętsza Panienka. Zbigniew po tym
incydencie pojawiał się raz na jakiś czas upewniając, że kocha, że dwie kobiety
jego życia ,że tu przynosi pieniążki na pieluszki i jedzonko że jak tylko mała
podrośnie, to wróci normalnie już wróci i nauczy ją prawdziwej oszczędności
poznańskiej i że nie dołoży się do rachunku za wodę skoro jej nie używa.
Acedia
leży, patrzy w sufit, nie rozgląda się
Małgorzata Nowicka