Słowo o instant-człowieku

 

 

Czy chcę, czy nie chcę staję się instant-człowiekiem. Walczę z całych sił, aby się nim nie stać, lecz walka jest niezwykle krwawa i trudna, siły zaś nierówne. Jestem otoczony, pierścień się zaciska. Nie ukrywajmy tego dłużej - przegrywam. Ty pewnie też walczysz, pewnie też przegrywasz, tak jak my wszyscy. Dlaczego przegrywamy? Otóż, ktoś musi mieć w tym interes, a infrastruktura używana do zapewnienia temu komuś sukcesu jest ogromna – tysiące maszyn, fabryk, stacji nadawczych pracuje pełną parą, aby każdy z nas w końcu skapitulował. Wydaje się że produkcja instant-ludzi jest ogromnie opłacalna i ktoś, kto opatentował instant-biznes, na pewno nie zamierza z tej kury znoszącej złote jajka gotować rosołu. Woli zupki chińskie.

 

Jaki jest instant-człowiek? Otóż, jest on zawsze w proszku, ale do pokazania się w pełnej krasie nie brakuje mu dużo. Wystarczy go zalać i gotowe. Instant-człowiekowi nie jest potrzebna cierpliwość. Ta cecha wyszła z mody na dobre. Epigoni cierpliwości znoszą trudy każdego dnia, pracują w pocie czoła, aby zrealizować swoje dalekosiężne i długoterminowe plany. Wierzą, że dobro dane drugiemu człowiekowi prędzej czy później do nich wróci. Liczą na to, że „prędzej”, choć zwykle wychodzi, że „wcale”. Cierpliwie czekają, bo „później” jest dla nich także bardzo atrakcyjną ofertą.  Instant-człowiek jest na to za bystry. „Później” się dla niego nie liczy, wie, że przyszłość nie istnieje. Oczywistym dla niego jest, że ugryzienie komara, które nastąpi w przyszłe wakacje, nie swędzi go Tu i Teraz. Właśnie. Dla instant-człowieka liczy się tylko Tu i Teraz. Natychmiast. W najgorszym wypadku Zaraz. Nie znosi on biblijnego podziału na czas siewu i czas zbioru, jedynym wartym odnotowania jest czas konsumpcji. Konsumowanie jest czynnością zdecydowanie bardziej przyjemną niż razem wzięte: wykopywanie grządek, sadzenie nasion, długotrwałe podlewanie i pielęgnowanie kiełkujących plonów, i w efekcie - jak Bóg da - żniwa. Ponadto zawsze może nadciągnąć susza albo zbyt obfite opady. I co wtedy? Wówczas czas zbiorów nie nadejdzie, oto tryumf instant-człowieka! Każda zwiędnięta roślina jest dla niego pomnikiem, egipskim obeliskiem potwierdzającym słuszność jego postawy i zostawiającym potomnym informację o tym, że nie ma sensu angażować się w cele dystalne. Ale zaraz, zaraz, poczekaj. Jakim potomnym? Po co instant-człowiekowi potomni? Przecież takim trzeba na początku przewijać pieluchy, co nie jest czynnością dodającą splendoru, wychowywać, sponsorować naukę, zapewniać posiłki i dostarczać odzież. Wszystko po to, aby wzięli rodzica pod opiekę, gdy ten już się zestarzeje. To oczywiście w najlepszym wypadku, innych pozwolę sobie nie wymieniać.  Taka inwestycja w potomstwo jest dla instant-człowieka stanowczo zbyt ryzykowna i wymaga zbyt dużych nakładów. Poza tym wymusza zaangażowanie i zobowiązanie. Tymi pojęciami instant-człowiek wyjątkowo się brzydzi. Brzydzi się zresztą wszystkim tym, co się z nimi wiąże. To, co liczy się przede wszystkim, to przyjemność. Przyjemność jest fajna, jest git i, co najważniejsze, zawsze jest Tu i Teraz. Konsekwencje nie są ważne, one będą w przyszłości, a wiemy już, że przyszłość nie swędzi, nie boli, przyszłości nie ma. Jest tu jednak pewien wyjątek. Instant-człowiek ogromnie ubolewa, że niektóre rodzaje przyjemności niestety mogą doprowadzić do powstania, że tak się wyrażę, żywej konsekwencji. To taki swoisty odroczony na dziewięć miesięcy kac i jedyny przypadek, w którym nasz bohater myśli o profilaktyce. Nauczył się jej w Internecie – stosuje rozliczne firewalle i programy antywirusowe, a gdy to nie zadziała, zawsze można wykasować pliki lub radykalnie sformatować dysk. Jest jeszcze jedno wyjście - zostawić komputer w parku i zacząć poszukiwać następnego. I kac z głowy. Jakie to proste, jakie to logiczne. Zresztą Internet to w ogóle jest super. Wszystko szybko i na miejscu, na niczym nie trzeba się koncentrować dłużej niż przez 5 minut. Fakt, że w  odległych, bezpowrotnie minionych czasach ludzie czytali książki jest dla instant-człowieka absolutnie nie do wyobrażenia. To nieuzasadniona strata czasu - aby dojść do końca pierwszej z brzegu powieści, trzeba zmarnować nie rzadko i tydzień, a nikt nie daje gwarancji, że się spodoba albo że zostanie zrozumiana. Film jest już dużo lepszy - zwykle 2 godziny i po sprawie, ważne jest przy tym, żeby ciągle coś się działo, żeby nie było zbędnych scen wymagających myślenia. Wszystko, tylko nie myślenie. Człowiek-instant wie, że myślenie szkodzi działaniu. Zostało to udowodnione naukowo. Widział w telewizji, że ilekroć na twarzach polskich piłkarzy pojawiały się oznaki myślenia, tylekroć nasz bramkarz musiał wyciągać futbolówkę z siatki. Jasny, namacalny dowód empiryczny. Chcesz, człowieku, działać – nie myśl. Nie analizuj. Jeszcze coś, nie daj Boże, wymyślisz, a wtedy nieszczęście gotowe. Myśli powodują efekt motyla, mają moc zmieniania świata, są jak kamyk wywołujący lawinę. A po co zmieniać świat, skoro wszystko działa, jak należy? Dookoła tyle przyjemności czeka na chętnych, zaprasza serdecznie i uśmiecha się wdzięcznie. Jeśli ktoś nie potrafi z tego skorzystać, niech się nauczy, ale w żadnym wypadku niech nie psuje świata tym, co korzystać potrafią. Ci myślący są okropni. Szukają sensu, próbują zrozumieć skutek i przyczynę, chcą być świadomi tego, co dzieje się w świecie. Instant-człowiekowi świadomość kojarzy się fatalnie, jako przyczyna wszystkich psychoz. Jak tu bowiem pozostać normalnym, gdy się próbuje uświadomić bezkres wszechświata, zrozumieć, co to jest nieskończoność i jak powstało to wszystko? Zresztą po co komu ta wiedza. Taka świadomość nic nie zmienia, tylko pożera deficytową Teraźniejszość. Oczywiście, nie oznacza to, że instant-człowiek nie orientuje się w świecie. Nic bardziej mylnego, świetnie się orientuje. Uwielbia oglądać serwisy informacyjne prowadzone przez ładne prezenterki, zapraszające mądrych ludzi. Tam przecież wszystko wyjaśniają, pięknie i obrazowo tłumaczą, więc po co się zastanawiać. Szczególnie, że mówią to ludzie, którzy znają się na rzeczy. Czemu niby mieliby nas oszukiwać? Instant-człowiek ma bardzo zdrowe i logiczne podejście do wszelkich problemów. Niczego nie warto naprawiać! To pierwsze i najważniejsze przykazanie instant-człowieka. Jak się coś zepsuje - wyrzuć, jeżeli usterka nie uniemożliwia korzystania, nie jest usterką. Nie warto naprawiać kulejących relacji z innymi ludźmi -  szkoda czasu. Jeżeli ktoś cię skrzywdził – skończ się z nim widywać. Jeżeli uważasz, że ktoś zachował się niegodnie, wbrew zasadom, które wyznajesz, to nie warto kruszyć kopii – lepiej pójść na piwo albo pograć po sieci w strzelankę. Na pewno nie warto o tym rozmawiać, nie warto próbować się dotrzeć. Jak coś nie pasuje, to krzyżyk na drogę. Zasady i wartości to kolejne słowa z krótkiej, czarnej listy instant-człowieka. I już nawet nie chodzi o to, że istnieją. A niech będą! Oby tylko nie zobowiązywały nas do niewygodnych zachowań i niczego nie zabraniały.  Jeny, znów to słowo na „z”. Okropieństwo.

 

Producenci instant-człowieka wiedzą, że nieużywany organ zanika, a tym bardziej ”nieużywane” funkcje. Wiedzą, że takie pojęcia, jak cierpliwość, zaangażowanie czy świadomość, niedługo podzielą los warząchwi czy świekry. Wiedzą, że proces produkcji instant-świata, z początku niezwykle czasochłonny i wymagający olbrzymich nakładów, z czasem sam będzie napędzał się siłą inercji, stawał się samowystarczalny, aż w końcu stanie się pierwszym w historii stworzonym przez człowieka perpetuum mobile. To tak, jak w „Nocy żywych trupów” – przyrost naturalny instant-ludzi jest wprost proporcjonalny do przyrostu filmowych zombie. Pytanie, które za tym idzie, jest proste, odpowiedź bardzo trudna: jak dużo cech instant-człowieka posiadam ja, jak dużo posiadasz ich Ty? Łudzę się, że fakt, iż zajmuję się teraz pisaniem tych słów, a Ty ich czytaniem, świadczy, że jeszcze posiadamy w sobie trochę cierpliwości, potrafimy rozmawiać, także o rzeczach trudnych, czy zaangażować się w coś, co nie jest namacalne i nie przynosi natychmiastowej wypłaty. Jak długo jeszcze jesteśmy w stanie znieść to oblężenie? Nie wiem. Tymczasem idę podlać kwiaty i wypić rosołu. Takiego z kury, nie z kostki.

 

 

Daniel Krokosz

dkrokosz@zojcem.pl