Bo teraz odchodzi się już od rodziny

 

 

Kryzys rodziny jako wartości jest obecny w mojej rzeczywistości od kilkunastu lat, jednak w ostatnim czasie wydaje mi się być szczególnie widoczny. Śmiem podejrzewać, że obecne problemy, z którymi boryka się rodzina, są pierwszymi aż tak skrajnie poważnymi problemami w historii ludzkości. Warto zwrócić uwagę na fakt, że reżimy totalitarne bały się rodzin, dlatego, że ich władze doskonale wiedziały jak ogromną ma ona w sobie siłę.  Dziś, w czasach oficjalnie usankcjonowanej wolności, którą wszyscy tak radośnie się krztuszą, ludzie wyrzekają się rodziny z własnego wyboru, nie dostrzegając, że styl życia, który stał się modny (i jak bardzo naturalny!), prowadzi w prostej linii do rozpadu i zapomnienia uniwersalnych wartości, które pozwoliły ludzkości nie tylko przetrwać, ale przede wszystkim rozwijać się przez wszystkie te wieki.

 

W napędzanej przez sytuację ekonomiczną katastroficznej atmosferze widzę wyraźnie, jakie wartości zostały wysunięte na pierwszy plan. Wpływają na to liczne czynniki kulturowe, społeczne, ekonomiczne a nawet polityczne. Indywidualizm i nacisk na rozwój osobisty, które ewoluowały w ostatnich latach, sprawiły, że założenie rodziny nie tylko zostało odsunięte na dalszy plan, ale wręcz stało się opcjonalne. Wyzwolenie kobiet spod  „jarzma” mężczyzn (a raczej spod jarzma kobiecości) sprawiło, że role mężczyzny i kobiety przemieszały się. Ruchy feministyczne pozornie walczą o sprawiedliwość i równe prawa dla wszystkich (i chwała im za to), jednak efekty ich działań wychodzą daleko poza – wydawałoby się – oczywiste postulaty. Feministki doprowadziły do tego, że  kobiety zwariowały i nie chcą rodzić dzieci, traktując ten wariant jako uciążliwość, a mężczyźni odseparowali się od pojęcia męstwa i w obawie przed obowiązkami, jakie sprowadziłoby na nich posiadanie rodziny, odwlekają ten moment na później. Różnice pomiędzy kobiecością i męskością  ograniczają się w tej chwili już tylko do różnic w anatomii , a homogeniczność kultury masowej przekłada się na również na naturalny podział płci.

 

Zastanawiając się dlaczego tak jest, przychodzi mi na myśl, że pojęcie wolnej woli zmieniło swoje znaczenie w stosunku do tego sprzed lat, a pojęcie wolnego wyboru jest we współczesnej filozofii życia  mylnie (i – jak myślę – celowo) interpretowane.  Bezdyskusyjny szacunek do wolności wyboru w aktualnej formie polega na zasadzie, że każdy wybór jest dobry, tylko dlatego, że wynika z wolności wyboru. Tymczasem zacierająca się granica pomiędzy tym, co jest normalne, i tym, co nienormalne, pomiędzy tym, co dobre, i tym, co złe, wszechobecna, fałszywa i obłudna tolerancja i przede wszystkim filozofia szukania spełnienia w sobie, a nie w drugim człowieku, sprawiły, że wspomniany wyżej wolny wybór prawie zawsze wynika z czystego egoizmu, tak charakterystycznego dla wychowywanych przez media społeczeństw. Z  powodu szukania wartości życiowych tylko i wyłącznie w zakresie własnego Ja oraz wznoszenia na piedestał praw jednostki z pominięciem szczególnych praw rodziny – traci ona wartość i szacunek, a w rezultacie zanika zupełnie.

 

Rodzina powoli traci swoje prawa również przez działania polityków. Polityka prorodzinna jest w tych czasach bardzo źle widziana, a nawet negatywnie oceniana, głównie przez młodsze pokolenia. Ogromny zwrot w kierunku liberalizmu powoduje, że stałam się świadkiem epoki ponownego Oświecenia, a to właśnie z takich zmian w mentalności społecznej największe korzyści czerpią elity rządzące. Nie jest tajemnicą, że łatwiej jest sterować jednostkami nie mającymi oparcia w rodzinie, niż osobami posiadającymi uformowany światopogląd wynikający z doświadczeń z życia rodzinnego. Stabilność emocjonalna, ciepło, nauka troski o drugiego człowieka to przecież nie są puste slogany, a jednak dzięki temu, czym karmiono mój umysł przez lata, brzmią tak, że chwilami nawet mnie chce się wymiotować.

 

Mam takie czarne wizje, że starsze pokolenia w ciągu najbliższych trzydziestu lat prawdopodobnie odejdą, a ich dzieci – już dziś wychowywane przez telewizje i Internet – staną się skupionymi na sobie, samotnymi (ale jakże oświeconymi) osobnikami, które prace nad rodziną i nad wychowywaniem swoich dzieci (o ile w ogóle będą je miały) uznają za pojęcia abstrakcyjne. Nie wiem, czy w tym przypadku powinnam kiedykolwiek zdecydować się na założenie rodziny. W trosce o własne dzieci.

 

Bo tu nie chodzi o to, żeby być grubą babą z ósemką dzieci i z odrostami na pół metra. Rozwój jest możliwy zawsze, a w zakres jego różnych etapów wchodzi również komórka społeczna, którą jest rodzina.

 

 

Zuzanna Pietruczenik

zpietruczenik@zojcem.pl