2012, czyli reaktywacja
kalendarza Majów
Aby nie było, że my do państwa jedynie o sprawach wagi nadzwyczajnej, to dzisiaj,
dla odmiany, będzie zabawnie i o końcu świata. Koniec świata sam w sobie być
może niekoniecznie jest zabawny, zwłaszcza gdy mowa o naszym własnym, to znaczy
moim lub twoim końcu świata, walory humorystyczne zyskuje dopiero wówczas, gdy ludzie
w taki koniec – zawsze rychły, nieuchronny i z palca wyssany – zaczynają uparcie
wierzyć. Nie dalej jak parę dni temu rozmawiałem z człowiekiem, który przy
użyciu śmiertelnie serioznych argumentów zaciekle przede mną perorował na temat
kalendarza Majów. Twierdził ów, że zgodnie z kalendarzem Majów kres tego świata
przypada na 21 grudnia 2012 roku, a więc za nieco ponad trzy lata. Pomyślałem,
że taka opcja nie jest opcją najgorszą: w 2012 roku organizujemy w Polsce mistrzostwa
Europy w piłce nożnej (jak się później okaże – ostatnie takie mistrzostwa na
Ziemi), jakimś cudem zdobywamy złoty medal i parę miesięcy później, trzy dni
przed Bożym Narodzeniem, z wciąż tętniącą dumą w sercu idziemy hurtem do
piachu.
Wiarę moją w moc przewidywań Majów zakłóciło dopiero świdrujące gdzieś pod
powierzchnią kalendarza pytanie: czy lud, który z precyzją farmaceuty określa datę
końca świata, przewidział także, choćby w przybliżeniu, datę upadku własnego
imperium? Zgoda, że upadek Majów niekoniecznie musiał być zapisany w gwiazdach,
i zgoda, że ruchy planet, migracje asteroid, słowem – wszystkie te spektakularne
historie, na których opiera się równie efektowna co pozbawiona głębszego sensu filozofia
new age, można w pewnym stopniu przewidywać i na ich podstawie budować określone
wnioski (wszak nawet meteorolodzy trafią niekiedy z pogodą), to jednak kiełkuje
we mnie przekonanie (za którym – mówię uczciwie – nie stoją żadne poważne argumenty),
że wszystko to jest kicz w poważnym wydaniu, pospolity fear management i ponura
hucpa, którą co najwyżej o kant przysłowiowej dupy można. Koniec świata to ja
mam pod koniec miesiąca, kiedy wierzycieli spłacam, mówię człowiekowi, a tego w odpowiedzi zdziwienie bierze, skąd we mnie takie fatalne nastawienie. Powtarzam:
skąd we mnie takie fatalne nastawienie.

Niech żywi nie tracą jednak nadziei, jeśli nie ten koniec świata, zawsze jest
kolejny; w roku 2060 na przykład (zdaniem Isaaca Newtona), co odnotowuję z niejaką
przykrością. Do 2060 bowiem – jak znam życie – nie dożyję.
Jakobe Mansztajn