Gdzie mieszka królowa angielska? Czyli słowo o autocenzurze

 

 

Taki cenzor z lat pięćdziesiątych miałby ciężkie życie w dzisiejszych czasach, co chwilę nowy artykuł, felieton, jak nie wydany w prasie papierowej, to opublikowany na jakimś blogu. Wszystko trzeba przeczytać, wyłapać mniej lub bardziej subtelne aluzje, a następnie zastanowić się, czy jest to zgodne z jedynie właściwą linią ideologiczną. Zdecydowanie ten mechanizm nie sprawdziłby się dziś. Ale zaraz, przecież on nie jest już potrzebny. Zapomniałem na chwilę, że żyjemy w wolnych czasach i cenzury nie ma i każdy może pisać to, co chce. Jest to prawda, ale tkwi tu pewien haczyk - owszem każdy może wyrazić swoją opinię, ale żeby została ona zamieszczona w opiniotwórczych i poczytnych mediach w niezmienionej formie – potrzeba cudu. Nawet jeżeli już cud się zdarzy, nasze zdanie utonie w miliardach innych opinii, często celowo rozcieńczających siłę przekazu. Mimo wszystko zdecydowanie najtrudniejszym krokiem jest przebicie się przez autocenzurę i to w nią najchętniej teraz się inwestuje.

 

Autocenzura prawdopodobnie istniała tak długo jak istnieje publikowanie dzieł dla większej liczby odbiorców. Można przypuszczać, że podobnie jak w przypadku rozwoju moralnego jednostki proces naginania treści zawartych w swoich utworach przebiegał przez różne fazy rozwoju. I tak, pierwsze akty autocenzury powodowane były dążeniem do uniknięcia kary. Jak można zauważyć, takie dążenie nie ma nic wspólnego z uwewnętrznieniem zasady moralnej – przyświeca mu stwierdzenie "nie robię tego, bo mogę zostać ukarany, ale jeżeli zniknie instancja karząca, znów będę to robił". Stąd też władza lubiła przedstawiać się w kontekście karania (nieprzypadkowo do insygniów faraona należał bicz), często przypominając o swojej obecności choćby w formie symbolicznej. Michael Foucault twierdzi, że ceremoniał kaźni publicznej idealnie spełniał te warunki. Epatował brutalnością, otoczoną głęboką symboliką władzy (często sam monarcha był ich widzem), a także podkreślał, że wszyscy są świadkami sprawiedliwej kary. Krwawy spektakl, oprócz odstraszania przyszłych potencjalnych złoczyńców, przede wszystkim dawał namacalny wymiar władzy i jeżeli ktoś uważał, że król to abstrakcyjna postać mieszkająca w pałacu, często jego zderzenie z rzeczywistością miało bardzo bolesny i spektakularny charakter.

 

Doba oświecenia lubowała się w bardziej wysublimowanych metodach wywierania wpływu, egzekucja na gilotynie nie była już tak spektakularna – kilka sekund i po sprawie - więc z biegiem czasu spektakl zakończył się dla szerokiej publiczności i został przeniesiony za wysokie mury więzienne, gdzie powoli jego wartość słabła, aż w końcu w większości krajów zanikła zupełnie. Wraz z nią kontekst władzy uległ transformacji. Ciekawie ten proces symbolizuje rozwój więziennictwa za czasów oświecenia. Otóż w zamierzchłych czasach, więźniowie byli przykuwani łańcuchami do ścian lub krępowani przy pomocy dybów i, pomimo tych wszystkich zabezpieczeń, dodatkowo pilnowani przez strażników więziennych – władza była namacalna, czasem aż zbyt dotkliwie. Natomiast oświecenie zrewolucjonizowało sposób myślenia o karaniu, stwierdzono, że jeżeli na chwilę władza (strażnik więzienny) zniknie z oczu, to więzień natychmiast zacznie się buntować i sam poczuje się swoim suwerenem. Dlatego Jeremy Bentham wpadł na niezwykle prosty acz skuteczny pomysł, który rozwiązał ten problem. Zaprojektował zakład karny, w którym cele rozmieszczone były na obwodzie okręgu, w którego środku znajdowała się wieżyczka strażnika. Takim to sposobem jeden "klawisz", mógł objąć wzrokiem większą ilość penitentów. Bentham postulował swój projekt nie po to, aby więźniowie nie mieli możliwości komunikowania się między sobą, ale żeby każdy z nich był świadomy tego, że może być obserwowany przez wszechobecne oko strażnika – stąd też wzięła się nazwa "panopticon". Docelowo, kiedy już więźniowie nabraliby przekonania, że strażnik nieustannie ich obserwuje, wieża w centrum miała zostać opuszczona przez nadzorcę, o czym rzecz jasna nikt by nie wiedział, zachowując się nadal tak, jakby był obserwowany. W ten sposób idea panopticonu opisuje uwewnętrznienie władzy, instancji karzącej. Można zatem powiedzieć, że królowa Elżbieta II nie mieszka już w Buckingham, ale (w sposób symboliczny) zamieszkuje w każdym z obywateli Zjednoczonego Królestwa. Od czasu do czasu pokaże się w stacji BBC i wygłosi orędzie do narodu, ale nie musi już, jak to kiedyś bywało, dotkliwie okazywać swoich możliwości, wysyłając poddanych na szafot.



 

A więc, jak łatwo na podstawie analogii zauważyć, autocenzura to nic innego jak stworzenie w sobie reprezentacji urzędu cenzorskiego, który nie musi, jak za komuny, stać nad nami i wykreślać co odważniejsze fragmenty publikacji. Teraz ten urząd stoi za weneckim lustrem naszego umysłu, zza którego nie mamy szans go obserwować, podczas gdy on widzi nas idealnie. Być może nikogo za tym lustrem nie ma. Być może, ale nie jesteśmy pewni, więc zachowujemy się tak, jakby ktoś tam jednak był.

 

 

Daniel Krokosz

dkrokosz@zojcem.pl