Eurowoda
Wszystko wygląda
coraz lepiej. Uśmiechnięta czteroosobowa rodzina na tle dumnie powiewającej
flagi unii europejskiej chce nam przekazać, że to jest właśnie ten nowy,
wspaniały świat, którego chcieliśmy i oczekiwaliśmy. Nowe możliwości, drogi, unijne
wsparcie, unijne projekty, dotacje, wszystko unijne, lepsze, zdrowsze i piękniejsze.
Za nami eurowybory,
które wyłoniły europosłów, naszych przedstawicieli na samej górze świata. Wolny
rynek, swobodny przepływ kapitału i prywatyzacja wszystkiego, co tylko da się
sprywatyzować, a da się wszystko, o ile tylko znajdzie się nabywca.
Ramowa Dyrektywa Wodna,
przyjęta przez unię europejską w 2000 roku, głosi, że:
"...woda nie jest
produktem handlowym takim jak każdy inny, ale raczej dziedziczonym dobrem,
które musi być chronione, bronione i traktowane jako takie...".
W rzeczywistości stanowisko unii
wobec prywatyzacji wody jest otwarte, co zostało zapisane jako załącznik do
załącznika w Ramowej Dyrektywie Wodnej. W niektórych krajach unii (m.in.
Francja, Wielka Brytania), a także w wielu miastach Polski sprywatyzowano
przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjne, co miało wpłynąć na jakość świadczonych
usług. Warto zauważyć, że przeniesienie zarządzania kapitałem wodnym do sektora
prywatnego, czyni z wody produkt taki jak każdy inny.
Rocznie produkuje
się 130 miliardów butelek coca-coli. Coca-cola, jako prywatna firma, ma prawo
do wykupu i zarządzania ziemią, na której znajdują się zasoby wodne, pod
pretekstem kontrolowania i nadzorowania jej jakości. Zrozumiałe jest, że
korzysta z tego prawa. Skutek jest taki, że Kroplę Beskidu kupujemy już od
amerykańskiej korporacji. I niby nic w tym złego, ale jakoś mnie to martwi.
Woda nie jest przecież
nieskończonym dobrem. W wielu miejscach na świecie po prostu jej nie ma, a jeśli czegoś nie ma, to staje się to bardzo cenne. Ktoś, kto kupuje prawo do
dysponowania wodą, kupuje prawo do decydowania o życiu.
Katarzyna Lis